Spotykają się dwie ciężarne na parkingu…

Przy miejscu parkingowym dumnie oznaczonym obrazkiem wózka i człowieka. Obie w zaawansowanej ciąży i z równie zaciętą miną. Wysiadałam z samochodu, gdy moim oczom ukazała się ta scena…

Ciężarna numer 1

Długonoga, zadbana blondyna, która mogłaby uchodzić za piękność… 20 kilogramów temu. Chciała zaparkować swoim autem na miejscu – które według jej osądu – jej się należało. Bo jest w ciąży. Tak więc podjechała pod wolne miejsce i wrzuciła kierunkowskaz, chcąc wykonać manewr parkowania.

Ciężarna numer 2

Waga raczej ciężka, podobnie jak ciężarna numer 1. Z tą różnicą, że w dziurawej bluzie i spodniach dresowych, lekko zaniedbana. Przez lekko mam na myśli włosy umyte prawdopodobnie w poprzednim stuleciu. Zobaczyła wolne miejsce blisko wejścia do marketu i… hyc! Miejsce było jej. Bo jej też się należy.

Obie ciężarne

Mogłyby licytować się na to, ile ich płody mają miesiączków. Bo obie były w stadium zaawansowanym ciąży (czyli poród lada chwila, ale może niekoniecznie pod marketem). Zamiast tego rozpętała się dzika awantura.

Kość niezgody

Miejsce parkingowe. Wolne. Blisko wejścia. Obiekt pożądania każdej dzieciatej i wkrótce dzieciatej kobiety.

Kobieta numer 1 wyskoczyła z auta i zaczęła ochrzaniać kobietę numer 2. Bo to było jej miejsce, a ta jej na bezczela wbiła. Bo tak nie można. Bo to chamskie i powinna poszukać miejsca innego, skoro widziała, że ona wrzuciła kierunkowskaz. Poniekąd przyznaję jej rację.

Kobieta numer 2 z kolei odpowiedziała atakiem na atak. Wysiadła z auta, złapała kobietę numer 1 za włosy i… wyzywając ją od najgorszych rozpoczęła tyradę, że jej się należy, bo ma większy brzuch. W porę obie rozdzielili ludzie.

Myślałam, że mam całkiem bogaty zasób słownictwa, ale aż takich wiązanek z ust obu kobiet (podobno płody wszystko słyszą) się nie spodziewałam. Wyprowadziły mnie z błędu. Do tego dowiedziałam się, że pierwsza ma się zamknąć, a jej mąż ma tyrać na 500+ dla drugiej (podobno to było dla dzieci, ale może się nie znam), bo ta druga czuje się jak ryba w wodzie, gdy dostaje kasę od państwa. Bo jej się należy. Ta pierwsza z kolei wyzwała drugą od chciwej flądry (najłagodniejsze określenie wyłuskane z obu wiązanek) i zagroziła drugiej… policją.

Kobieta numer 2 odpuściła, ale miejsca nie odstąpiła. Powiedziała tylko kobiecie numer 1, że ta ma się @%$#%@# i że jest tłusta jak %&@*% (przyganiał kocioł garnkowi?), a mąż jej kijem po porodzie nie tknie. I sobie poszła. Ciężarna numer 1 stała przez chwilę. W końcu wsiadła do swojego auta i odjechała. Chyba straciła ochotę na zakupy.

Cała sytuacja jest zabawna. Nie dlatego, że ciężarne dały popis bardzo ograniczonej kultury, potwierdzając stereotypy na swój temat. Powód jest inny, bo okazuje się, że coś im obu umknęło. Wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby zwróciły uwagę na to, o co się kłócą.

Sęk w tym, że…

Miejsce nie było dla kobiet w ciąży, a dla rodzin z dziećmi…

A w następnej alejce wszystkie miejsca tego typu (jak już tak bardzo się upierały, by podciągnąć interpretację znaku pod swój stan) były wolne…

 

 

Foto: John Matychuk